
Nie będę się rozpisywała o czym książka jest. Jak kogoś to interesuje to jak wiadomo google wiedzą wszystko. Raczej chcę opowiedzieć co w tej książce lubię. Najbardziej uwielbiam fragmenty, w których akcja dzieje się w Pobiedziskach. Małym miasteczku, z niewielkim rynkiem otoczonym niskimi, krzywymi kamienicami. Babcię Martę, której fartuch pachnie żelazkiem i krochmalem. Jej dom- z chłodnym, cienistym i niskim pokojem: "W ścianie naprzeciwko drzwi kwadratowe okienko, zastawione do połowy kwitnącą begonią i wielkim krzewem mirtu, ukazywało przez nicianą koronkę widok na ogród. Drugie okno wychodziło na ulicę, więc kwiatki były tu bardziej okazałe: sansewieria, fiołki afrykańskie w trzech odcieniach i solidne drzewko szczęścia o rozgałęzionej koronie." Z kwadratową, dużą i czystą kuchnią, w której stoi żelazny piec z czterema fajerkami i biały kredens. Z niedużym, trójkątnym ogródkiem, którego jeden bok przylega do białego muru otaczającego kościół, a drugi bok "oddziela od ulicy siatka druciana, obrośnięta bujnie dzikim winem".
Uwielbiam smalec babci Marty, który najlepszy jest gdy doda się ząbek czosnku pod koniec smażenia, trochę kwaśnych jabłek i krzynkę majeranku. Morele "smażone w cukrze, ociekające złotym, galaretkowym sokiem". I noce pachnące maciejką rosnącą pod oknem.
Oceny (na 6):
biblionetka: 4,72
moja: 5,5



0 komentarze:
Prześlij komentarz